Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy Linos nieśpiesznie sprzątała po kolejnej samotnej kolacji. Obserwowała je, jak chowa się za horyzontem, zmywając naczynia i wycierając je następnie lnianą ścierką. Westchnęła cichutko, gdy uświadomiła sobie, że czeka już tak od kilkunastu miesięcy.
Czarodziej wyjechał. I od bardzo dawna nie dawał znaku życia. Linos nie była pewna, czy to, co czuje, to bardziej obawa, że wplątał się w coś nieprzyjemnego i wpadł w kłopoty, czy złość, że zostawił ją ponownie samą. I to na dłużej, niż zwykle. O wiele dłużej.
Przecież dobrze wiedział, że nie znosi bezczynności.
Spojrzała raz jeszcze przez okno, gdy w ostatnich purpurowych promieniach słońca dostrzegła niewielki punkt migoczący na horyzoncie. Zmrużyła oczy, próbując się lepiej mu przyjrzeć, jednak był wciąż za daleko. Sięgnęła do wisiorka spoczywającego na jej dekolcie i ścisnęła go mocno w dłoni, mamrocząc pod nosem tylko sobie znane słowa. Otworzyła szerzej oczy, gdy uświadomiła sobie, na co właśnie patrzy.
Kilka minut później na parapecie kuchennego okna, które Linos otworzyła szeroko wylądowała sporych rozmiarów sowa; po wzorze jej piór dziewczyna poznała, że przybyła w Gór Mglistych. Podała jej odrobinę mieszaniny owoców, orzechów i suszonego mięsa, którym zwykł karmić je czarodziej, gdy posługiwał się nimi, by przesyłać wieści. Czynił to bardzo rzadko, bo sowy były kapryśnymi posłańcami.
- Co on robi w Górach Mglistych...? - mruknęła pod nosem, wyciągając spomiędzy piór sowy kawałek pergaminu. Z radością powitała pochyłe pismo Gandalfa, a gdy przeczytała treść wiadomości, uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Zaledwie kilka słów skreślonych przez czarodzieja wystarczyło, by dziewczyna natychmiast wybaczyła mu miesiące milczenia.
Rivendell, w dniu pełni księżyca. Śpiesz się, Linos.
Pogładziła machinalnie sowę po piórach, na co ta odwzajemniła się pełnym urażenia dziobnięciem. Linos cofnęła rękę, która zaczęła lekko krwawić i rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby zatamować krwawienie. W tym czasie sowa skończyła posiłek i z cichym łopotem odleciała w noc, zostawiając po sobie tylko kilka puchatych piór i biały kleks ekskrementów.
- Nienawidzę sów - mruknęła gniewnie Linos, owijając rękę ścierką do naczyń. - Musisz mieć dobry powód, Gandalfie, by je do mnie wysyłać.
Raz jeszcze spojrzała na wiadomość, wycierając blat. Jej lakoniczność wcale jej nie zdziwiła, zerknęła jedynie na niebo, by sprawdzić, jak wiele ma czasu na dotarcie do królestwa elfów.
- To się akurat dobrze składa - westchnęła, wycierając po raz ostatni ręce o fartuch i poszła przygotować się do drogi.
***
Droga do miasteczka nie dłużyła jej się mimo zapadającej nocy. Gwiazdy oświecały jej trakt, który znała niemal na pamięć. Chata Gandalfa położona była na uboczu, gdy była młodsza, czarodziej często wysyłał ją do najbliższej miejscowości po sprawunki. Była to niewielka osada w lesie, odcięta od świata, której nazwy nikt z żyjących już nie pamiętał.
Wyprawa do Rivendell wymagała pewnych przygotowań, dobrze się więc składało, że Linos i tak wybierała się tego wieczoru do gospody, w której jej przyjaciółka była karczmarką.
Tak właściwie, Linos nie była pewna, czy może nazywać Rosę przyjaciółką. Była po prostu dziewczyną w jej wieku, która czasem zamieniła z nią parę słów, nic ponadto. Poza tym raczej niewiele je łączyło.
Miasteczko zamajaczyło jej się na końcu traktu, ściągnęła więc kaptur i zwolniła kroku. Gospoda była jednym z pierwszych budynków, które rzucały się w oczy. Poza nią, niewiele tu było - kuźnia, stajnia z trzema konikami, kilka chałup, chata zielarki oraz młyn. Jedna z tych mieścin, których nie zaznacza się nawet na mapach.
Linos pchnęła drzwi do gospody, uciszając po drodze ujadającego na nią psa. Zalało ją ciepłe, żółte światło świec i cichy gwar głosów, który przycichły nieco, gdy zauważono jej obecność. Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi, przywykła do poruszenia, jakie zawsze wywoływała. Wiedziała, jak nazywano ją za jej plecami, jednak nie przeszkadzało jej to. Ludzie bali się tego, co było dla nich niezrozumiałe, nic więc dziwnego, że magia, którą władała, czy też uczyła się władać, wywoływała u nich niepokój.
- Rosa? Co się dzieje? - zapytała, podchodząc do baru, a młoda karczmarka obrzuciła ją nieco spłoszonym spojrzeniem. - Powiedziano mi, że potrzebujesz mojej pomocy - dodała zaniepokojona Linos.
- Nie ja. Znalazłam na trakcie ranną dziewczynkę, nie podobają mi się jej rany - wyjaśniła Rosa, a na nieme pytanie Linos jednie wskazała brodą drzwi na górę, gdzie mieściły się pokoje dla gości.
Karczmarka często prosiła Linos o pomoc, gdyż jej lecznicze umiejętności przekraczały możliwości ludzi z miasteczka. Potrafiła łączyć zioła i napary tak, by przynosiły ludziom ulgę w bólu, lepszy sen, bądź koiły gniew. Tego wszystkiego nauczył ją Gandalf, ale nie było w tym ani krzty magii.
- Nigdy nie trwoń bezsensownie swojej mocy - mówił jej czarodziej za każdym razem, gdy uczył jej kolejnej rzeczy. - To potęga, na którą nie każdy jest gotowy. Łatwo się od niej uzależnić, a to kapryśna siła, której nigdy nie uda ci się do końca poskromić.
Gandalf nauczył ją bardzo wiele, ale tylko niewielka część tej nauki miała w sobie prawdziwą magię.
Zapukała do drzwi pokoju, w którym Rosa zazwyczaj pozostawiała rannych i pchnęła je lekko, mimo iż nie usłyszała odpowiedzi.
Na łóżku, przykryta grubą warstwą koców, leżała mała, może dziesięcioletnia dziewczynka. Jasne, splątane włosy opadały strąkami, gdy drzemała niespokojnie. Jej oddech był ciężki, a twarz wykrzywiona z bólu.
- Kto...? - Rozejrzała się niespokojnie, gdy Linos odsunęła koc, by zlokalizować ranę.
- Spokojnie, nie bój się. Jestem Linos, przyszłam ci pomóc - powiedziała kojącym głosem, a dziewczynka nieco się uspokoiła. - Co się stało? - zapytała, dostrzegając poszarpaną ranę na boku.
Rosa faktycznie mogła mieć problem z opatrzeniem jej, bo brzegi były nierówne i zszycie jej na pewno nie należało do łatwych. Zrobiła jednak, co mogła, by zatamować krwawienie aż do przybycia uzdrowicielki.
- Coś zaatakowało mnie w lesie, chyba wilki - odpowiedziała dziewczynka, z uwagą przyglądając się ,jak Linos delikatnie bada ranę. - Auć!
- Przepraszam - mruknęła, sięgając do torby po maść uśmierzającą ból. - Jak masz na imię? - zapytała, by odwrócić jej uwagę.
- Mari, mam jedenaście lat - odpowiedziała rezolutnie.
- To ładny wiek - mówiła dalej Linos, opatrując z wolna ranę. - Gdy miałam tyle lat, co ty mieszkałam jeszcze w elfickim lesie - wspomniała mimo woli.
- W elfickim lesie? - Mari szeroko otworzyła oczy z niedowierzaniem. - Widziałaś elfy, pani?
- Mieszkałam z nimi - uściśliła Linos, a dostrzegając zainteresowanie na twarzy dziewczynki podjęła temat. - Ale tylko kilka lat, potem trafiłam pod opiekę czarodzieja, który nauczył mnie leczyć. O, proszę. Już prawie gotowe - dodała, kończąc szycie rany i odwróciła się w poszukiwaniu bandaża.
- Dziękuję, pani.
- Powiem Rosie, żeby pozwoliła ci tutaj wypocząć kilka dni, póki rana się nieco nie zabliźni. Potem będziesz mogła wrócić do... - Linos urwała myśl w pół słowa. - Co tak właściwie robiłaś sama w lesie? - Zmarszczyła brwi.
- Ja... - Mari zawahała się. - Ja nie chcę tam wracać. Wolałabym raz jeszcze spotkać wilki, niż tam wrócić! - stwierdziła nagle z mocą.
- Dobrze, porozmawiam o tym z Rosą. Teraz się połóż, zaraz zaśniesz. - Linos podała jej kilka kropel naparu nasennego, a Mari ułożyła się wygodniej w łóżku.
- Opowiesz mi później o elfach, pani? - mruknęła jeszcze sennie.
- Niestety o świcie wyjeżdżam, ale jeśli ładnie poprosisz Rosę, to ci opowie. Nie raz słyszała ode mnie tę opowieść. - Linos nakryła śpiącą już dziewczynkę kocem i cichutko zeszła z powrotem do głównej izby.
Karczmarka spojrzała na nią wymownie, a dziewczyna kiwnęła głową.
- Już w porządku, śpi. Musi odpocząć kilka dni. Wiesz, że ona prawdopodobnie nie ma dokąd pójść? - zapytała, ściszając głos.
- Będzie pomagać w kuchni, potem się coś wymyśli. - Rosa wzruszyła ramionami. - Nie mogłam jej tak zostawić.
- Wiem. - Linos skrzywiła się, na dźwięk rubasznych śmiechów dochodzących zza jej pleców. - Potrzebuję prowiantu na parę dni, Roso. Wyjeżdżam.
- Na długo? - Karczmarka zerknęła na nią z obawą. Mieszkańcy czuli się bezpieczniej, mając nieopodal czarodzieja. Albo chociaż jego uczennicę. Nawet jeśli Linos nie była specjalnie lubiana w wiosce ze względu na swoją odrębność, społeczność potrzebowała jej i Gandalfa opieki.
- Nie wiem, Gandalf, jak zwykle był bardzo tajemniczy - westchnęła. - Przyjadę o świcie, mogę na ciebie liczyć?
- Oczywiście. Uważaj na siebie, Linos. Czasy są niebezpieczne - dodała Rosa z niepokojem.
- Nie musisz mi o tym mówić. - Dziewczyna pokręciła głową z westchnieniem. - Dobranoc, Roso.
- Dobranoc.
Przy wyjściu zaczepił ją jeden z lokalnych pijaczków, ale jedno jej zimne spojrzenie natychmiast przypomniało mu, że przecież w każdej chwili dziewczyna może zamienić go w karalucha. A przynajmniej w jego mniemaniu.
Założyła kaptur na głowę i nieśpiesznie odeszła w noc. Miała czas do świtu, a była zbyt podekscytowana, by od razu iść spać. Rozmowa z małą dziewczynką przypomniała jej o przeszłości. Przypomniała jej o sprawach, które wciąż czekały na swe rozwiązanie.
Kto wie, czy już wkrótce nie uzyska kilku odpowiedzi, na które od dawna czekała.
***
- Randilu, kim ja jestem?
Ciemnowłosy elf zerknął na nią, siedzącą wysoko w koronie drzew. Była mała i zwinna, jak każde dziecko. Jedyne dziecko w tym lesie.
- Lileeo, zejdź proszę - westchnął cicho.
- A powiesz mi, kim jestem? - zapytała rezolutnie. - Słyszałam, jak ktoś mówił, że nie jestem taka, jak wy. Jak ty - uściśliła smutno, zsuwając się z drzewa i przyglądając mu się z uwagą.
- Nie jesteś, nie da się ukryć. Jesteś człowiekiem, Lileeo - wyjaśnił jej spokojnie.
- To źle?
Niemal nie zauważyła, że Randil zawahał się, nim odpowiedział:
- Nie. Chodź, mam coś dla ciebie. - Uśmiechnął się lekko, dostrzegając podekscytowanie na twarzy swojej podopiecznej. Rudowłosa dziewczynka, nawet jeżeli nie była elfem, była mu bardzo bliska.
Linos przystanęła na chwilę, by spojrzeć w gwiazdy. Ich układ zapowiadał ładną pogodę na najbliższe dni, ale dziewczyna niemal nie zwróciła na to uwagi. Uśmiechała się pod nosem, na wspomnienie Randila. Był jej przyjacielem od najmłodszych lat, odkąd tylko pamiętała. Nigdy nie krył przed nią, że elfi las nie jest jej prawdziwym domem, że nie jest elfem i nigdy się nim nie stanie.
Linos nie przywiązywała do tego większej wagi. W królestwie leśnych elfów czuła się jak w domu, język elficki był pierwszym, który opanowała, a na nauka ludzkiej mowy szła jej dosyć topornie. Była jednak pojętną dziewczyną i każdą wiedzę chłonęła, jak gąbka. Randil nie mógł wymarzyć sobie lepszej uczennicy.
- To dla mnie? Naprawdę? - zapytała z niedowierzaniem, przeciągając palcem po delikatnej jak pajęcza nić cięciwie niewielkiego łuku.
- Widziałem, jak podbierasz łuk i strzały Eruthiela. Nie był zbyt zadowolony, więc postanowiłem zapobiec dalszym nieporozumieniom. - Randil przyglądał jej się z uwagą. - Poza tym, najwyższy czas, żebyś nauczyła się bronić.
- To cudownie! Kiedy zaczynamy? - Spojrzała na niego iskrzącym się wzrokiem, pełnego entuzjazmu dziecka.
- Ale co? - Elf udawał, że nie wie, o czym mówi.
- Moją naukę!
- A... naukę. Jutro o świcie, pod lipą na polanie. Nie spóźnij się, Lileeo - przykazał jej jeszcze surowo, nim zostawił ją sam na sam z jej prezentem.
Pilnie uczyła się wszystkiego, co Randil chciał jej przekazać. Z zapałem stawiała się co dzień o świcie na polanie, by z doskonalić się w łucznictwie. Studiowała elfickie runy i ludzką mowę, uczyła się rozpoznawać rośliny i tropić zwierzęta. Z dnia na dzień stawała się pełnoprawnym mieszkańcem lasu.
Jednak nadal nie była elfem.
- Dlaczego mieszkam tu, skoro nie jestem elfem? - Od czasu do czasu zadręczała Randila dziwnymi pytaniami.
- To skomplikowane, Lileeo.
- Jestem już duża! Mam już siedem lat! - oburzyła się na te słowa.
- Dobrze. - Elf westchnął. - Mówiłem ci już, że przyprowadził cię do nas czarodziej, kiedy byłaś jeszcze niemowlęciem. Powiedział, że mamy cię wychować i nauczyć kilku pożytecznych rzeczy. Więc kiedy trochę urosłaś, wyznaczono mnie na twojego nauczyciela.
- I przyjaciela! - dodała rezolutnie dziewczynka.
- To już tylko i wyłącznie twoja zasługa. Idź spać, jutro podwoimy odległość, bo z tej trafiasz w środek tarczy już bezbłędnie.
Linos przystanęła przed drzwiami gandalfowej chaty. Dom był ciemny i pusty. Dziewczyna weszła do środka i zapaliła kilka świec, by oświetlić sobie drogę do sypialni.
Randil nie był z nią do końca szczery. Nie uprzedził jej, że czarodziej pewnego dnia przyjdzie i zabierze ją z elfickiego lasu.
- Nie. - Zaplotła ręce na piersi i patrzyła gniewnie na staruszka w szarym, śmiesznym kapeluszu. - To jakaś pomyłka!
- Uparta z niej istotka - mruknął tamten do Randila, kompletnie ignorując jej wypowiedź.
- To chyba typowe u dwunastoletnich ludzkich dziewczynek - odparł elf, a Lileea spojrzała na niego gniewnie.
- Nigdzie z nim nie pójdę, tu jest mój dom.
- Linos, chcę cię uczynić moją uczennicą. - Czarodziej zwrócił się do niej łagodnie. - Pobyt w tym lesie był tylko pierwszym z wielu etapów twej edukacji.
- Ale ja nie chcę się niczego od ciebie uczyć! - prychnęła. - I nie mam na imię Linos, tylko Lileea! - dodała, tupiąc nogą.
Być może nie było to zbyt dojrzałe zachowanie, ale musiała bronić swoich racji.
Czarodziej spojrzał z ukosa na Randila, który westchnął cicho i nachylił się do dziewczynki.
- Lileeo, to nie do końca tak. Linos jest również twoim imieniem, imieniem, które nadał ci czarodziej, nim tutaj przybył - wyjaśnił jej łagodnie, a ona spojrzała na niego podejrzliwie. - Jednak my woleliśmy się zwracać do ciebie we własnym języku, niechętnie korzystamy z obcych dla nas słów dla określania tego, co jest dla nas ważne.
- Skoro jestem dla ciebie ważna, to dlaczego chcesz, żebym odeszła? - zapytała z wyrzutem.
- Tak już musi być, Lileeo - odpowiedział jej. - Twój los związany jest w równej mierze ze światem elfów, co i ze światem ludzi. Czas byś poznała ten drugi.
Kiedy zamykała oczy, powoli zapadając w sen, przed oczami miała twarz Randila. W Rivendell ponownie spotka elfów, ponownie zobaczy się z Gandalfem. I być może odkryje swoje przeznaczenie.
***
Pakunki na grzbiecie Siwka chybotały się niebezpiecznie, gdy Linos wiązała je grubym rzemieniem. Kucyk stał spokojnie, przyzwyczajony do takich machinacji, a dziewczyna odsapnęła z zadowoleniem, kiedy nieporęczny bagaż w końcu został poskromiony. Do siodła przytroczyła jeszcze łuk i kołczan ze strzałami, zakrywając je nieco pledem, by nie rzucały się zanadto w oczy. Zerknęła na jaśniejące powoli niebo i raz jeszcze upewniła się, że krótki nóż spoczywający w faldach jej sukni jest dobrze ukryty.
Gandalf nie lubił, gdy zanadto afiszowała się swoim talentem w posługiwaniu się bronią, talentem, którym kobieta nie powinna się chwalić.
- Im bardziej bezbronna się wydajesz, tym lepiej dla ciebie - mawiał czarodziej. - Nie ściągaj na siebie uwagi, Linos. Proszę, to ostatnie, co jest nam potrzebne.
Nie pytała, czyją uwagę miałaby ściągać, skoro jej świat ograniczał się do otaczającego ich lasu, gdzie niewielu było ludzi, których mogłaby zadziwić swoją techniką strzelecką.
A także szermierczą.
- Nie ma mowy.
- Ale Gandalfie! - zawołała błagalnie. - Dlaczego? Muszę się jakoś obronić, na wszelki wypadek.
- Masz od tego łuk i strzały. Z tego, co wiem, potrafisz się nimi bezbłędnie posługiwać - stwierdził nieco niechętnie Gandalf.
- Ale na nic zdadzą mi się strzały w bezpośredniej walce! - prychnęła oburzona nastolatka.
- A masz zamiar się wdawać w jakieś bójki? - Czarodziej uniósł sceptycznie brwi.
- Nie, ale... ale nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć, prawda? - próbowała go dalej namawiać, jednak czarodziej był nieugięty.
Ostatecznie, Linos sama zdobyła miecz, świadcząc drobne usługi w miasteczku i wkrótce uzbierała kwotę, za którą kowal zgodził się wykuć dla niej lekkie ostrze. Sama zaczęła uczyć się sztychów, czasem poprawiana przez mężczyzn z miasteczka, którzy jednak nie czynili tego zbyt chętnie. Gandalf został postawiony przed faktem dokonanym i musiał zaakceptować nowe zainteresowania swojej podopiecznej. Przestrzegł ją tylko, by zbytnio nie afiszowała się nowo nabytymi umiejętnościami.
- Jesteś wystarczająco barwną postacią w tej okolicy, Linos. A to nie jest mi na rękę - zakończył swoją wypowiedź, jednak dziewczyna nigdy nie dowiedziała się, co tak naprawdę znaczyły te słowa.
Rosa czekała na nią w drzwiach gospody z dużym pakunkiem, który dziewczyna z trudem dołączyła do pozostałych bagaży. Gdy kończyła wiązać rzemyki, słońce właśnie zaczynało wyłaniać się zza horyzontu.
- Dokąd jedziesz? - zapytała cicho Rosa, a Linos poprawiła pled przekrywający ukryty w jukach miecz, by nie niepokoić jej jeszcze bardziej.
- Mogłabym rzec, że do domu. Gandalf chce się ze mną spotkać w elfickim lesie, nie podał powodów - odpowiedziała.
- Wrócisz?
- A czemu miałabym nie wrócić? - Linos zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc pytania.
- Nie jesteś taka, jak wszyscy, Linos. - Rosa spojrzała jej prosto w oczy. - To nie jest miejsce dla ciebie, to nie jest miejsce dla kogoś takiego, jak ty. To mieścina nieskomplikowanych ludzi, a na ciebie czeka wielki świat. Po co miałabyś tu wracać?
Linos spojrzała na nią bystro, ale nic nie odpowiedziała. Nie wiedziała, co mogłaby odrzec, skoro słowa karczmarki były po prostu prawdziwe.
Pożegnała się z nią jeszcze krótko i ruszyła na południe. Dzień minął szybko, o zmierzchu zaczęła się rozglądać za miejscem do spania. Nie potrzebowała wiele, zaledwie odrobinę płaskiego terenu, wśród drzew, które dawałyby ochronę od wiatru. Już w świetle księżyca rozłożyła pled i przykryła się kocem, napoiwszy wcześniej Siwka i pozwalając mu się paść do woli nieopodal.
Zasnęła, gdy tylko zamknęła oczy.
***
- Nie możesz tego zrobić.Twarz jasnowłosego elfa nie wyrażała żadnych emocji, ale zdradzały go oczy. Bał się, bał się decyzji, którą właśnie podjęła.
- Muszę to zrobić, nie ma innej rady. Zbyt wiele już poświęciłam. Śródziemie to mój dom, ale nie ma tu już dla mnie miejsca.
- Nie, na pewno jest inne wyjście... Musi być! - Jak bardzo musiało mu na niej zależeć, że pozwolił sobie na okazanie tak wielu emocji?
Ona jednak była niewzruszona.
- To jedyne, co mogę zrobić. Nie mam już niczego. Ja gasnę, wiesz o tym. - Spojrzała wprost w jasnoniebieskie oczy stojącego naprzeciw niej elfa. - Nikt nie da rady tego powstrzymać. Zresztą nie sądzę, by ktokolwiek, prócz ciebie, chciał.
- Ale...
- Jeszcze się kiedyś spotkamy. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale zadbam o to. Zaufaj mi. - Złożyła na jego czole troskliwy pocałunek, po czym odwróciła się i odeszła w ciemność.
Linos obudziła się gwałtownie, gdy pierwsze promienie słońca padły na jej twarz. Zerknęła na światło przebijające się przez liście drzew i pokręciła głową. Był już późny poranek, powinna być w drodze już od godziny.
To był kolejny dzień jej podróży, ale jeżeli chciała zobaczyć dziś bramy Rivendell, musiała się pośpieszyć. Pośpiesznie osiodłała i objuczyła Siwka, który wydawał się już zmęczony tą podróżą.
- Już niedaleko, mały - zapewniła go i zachęciła do ruszenia ścieżką, z której zeszła ostatniej nocy, by znaleźć miejsce na spoczynek.
Droga była prosta, Linos mogła więc pozwolić swobodnie biec swoim myślom. Nie powinna tak trwonić czasu, w końcu ten nie podlega żadnej sile, nawet magii. Może być wspaniałym sprzymierzeńcem, ale równie potężnym wrogiem. Tego nauczył ją Gandalf, by Linos wreszcie pojęła, dlaczego punktualność jest dla czarodzieja tak ważną cechą. Mimo iż sam często żonglował tym pojęciem, jak mu się podobało.
- Czarodziej nigdy się nie spóźnia, zawsze jest na czas - powiedział jej kiedyś z uśmiechem, gdy wytknęła mu, że musiała na niego czekać.
Tym razem to on obiecał na nią czekać, a Linos śpieszno było go zobaczyć. Nic więc dziwnego, że zdenerwowała ją ta niespodziewana zwłoka. Zwłaszcza, że jej powód był iście intrygujący.
Dziewczyna nie mogła przypomnieć sobie twarzy elfa ze snu. Była niemal pewna, że nigdy go nie spotkała. Być może nie powinna przywiązywać takiej wagi do zwykłego snu, jednak Gandalf nauczył ją, że nie ma rzeczy mało istotnych. Po prostu nie dane nam jest odkryć ich znaczenie.
Treść rozmowy ze snu, brzmiała tajemniczo, nawet bardzo tajemniczo, lecz Linos niewiele potrafiła z niej wywnioskować, zwłaszcza, że szczegóły snu zacierały się już w jej pamięci. W końcu dała sobie spokój z próbami rozwiązania zagadki - jeżeli ten sen faktycznie miał jakieś znaczenie, dowie się o tym w swoim czasie.
Bo wszystko ma swój czas i miejsce.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy wstąpiła na tereny lasu Rivendell. Niemal fizycznie odczuła tę zmianę, wyczulona na atmosferę panującą w otoczeniu elfów.
Nie łudziła się, że pozostała nie zauważona, dlatego nie dziwiła się, gdy nagle niczym spod ziemi pojawił się przed nią elf o ostrych rysach.
- Czego szukasz w lesie Rivendell, pani, w domu Elronda? - zapytał, zagradzając jej drogę.
- Przybyłam na spotkanie z czarodziejem, poinformował mnie, że będzie mnie tu oczekiwać - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Najwidoczniej mieszkańcy lasu zostali uprzedzeni o jej przybyciu, gdyż elf skinął jedynie krótko głową i pozwolił jej jechać dalej. Za towarzystwo miała teraz jednak dwóch innych elfów, którzy podążali u jej boków na siwych, smukłych koniach.
- Jak cię zwą, pani? - zainteresował się jeden z nich, gdy gasnącym świetle dnia zamajaczyła się przed nimi brama do elfickiego miasta.
Dziewczyna przeniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krótko.
- Jestem Linos, gandalfowa uczennica - odparła, dopiero po chwili uświadamiając sobie, jak wielką dumą napełnia ją ten tytuł.
___________
Obejrzałam najnowszych "Piratów", zobaczyłam Orlando i zapragnęłam więcej, więc obejrzałam dwie części "Hobbita" no i... no i powyżej macie efekt. Czy wracam, nie wiem, ale pojawił mi się koncept na reaktywację tego opowiadania, nawet remake, bym powiedziała.
Więc chyba tak jakby do niego wracam ;)