sobota, 20 kwietnia 2019

TRZY. Narada w Rivendell

Frodo bardzo szybko doszedł do siebie, nie bez drobnej pomocy Linos i parę dni później był już gotowy do wzięcia udziału w naradzie. Przez te parę dni między uczennicą czarodzieja a hobbitami nawiązała się całkiem mocna nić sympatii. Niziołkowie od razu skradli jej serce, zresztą ze wzajemnością.
W dniu narady Linos wciąż odczuwała pewien niepokój. Wszyscy czuli się nieswojo, jednak to charakterystyczne jakby swędzenie skóry nie dawało jej spokoju. Nie pierwszy raz to czuła i to uczucie zawsze zwiastowało mniejsze, bądź większe kłopoty.
- Gotowy? - Spojrzała na hobbita, który nieco nerwowo wygładzał kubrak. Zadziwiła ją łatwość, z jaką w Rivindell znaleziono ubrania na hobbicią miarę. 
- Bardziej nie będę, Linos - westchnął. - A ty? Jesteś gotowa?
- Ja jestem jedynie obserwatorem - odparła, lekko kręcąc głową. - Chodźmy, Gandalf nas już szuka - dodała, czując lekkie drgnięcie amuletu zawieszonego na szyi.
Towarzyszył jej od najwcześniejszych lat. Według słów Gandalfa był zaplatany w koce, którymi była owinięta, gdy ją znaleziono. Był to tylko kawałek czarnego drewna, wysadzany kryształami górskimi, właściwie nie miał żadnej magicznej mocy, pomagał jednak Linos skupić myśli, działał więc niczym swego rodzaju katalizator dla rzucanych przez nią czarów. 
Choć Gandalf nigdy nie powiedział wprost, że jest całkowicie niemagiczny.
- Odpowiedź zależy tylko i wyłącznie od ciebie, Linos - zbywał tajemniczo jej pytania o niego, aż dziewczyna w końcu się poddała. Musiała zadowolić się tą wiedzą, którą posiadała.
Czarodziej czekał na nich na dziedzińcu. Uśmiechnął się na ich widok, położył łagodnie dłoń na ramieniu Froda i przeniósł wzrok na swoją uczennicę.
- Gdzie reszta?
- Zostali w swoich komnatach, tak, jak prosiłeś - odparła zgodnie z prawdą. Pozostali hobbicie nie zostali zaproszeni na naradę. - Czy wszystko w porządku, Gandalfie? - zatroskała się, dostrzegając nieprzeniknione spojrzenie czarodzieja.
- Nic nie jest w porządku, moja droga, ale postaramy się temu jakoś zaradzić. Słuchaj, obserwuj i wyciągaj wnioski - polecił jej, jednocześnie wskazując im drogę i ruszyli powoli kamienną ścieżką. - Postaraj się nie rzucać za bardzo w oczy, dobrze?
- To chyba nie będzie takie proste, Gandalfie - zauważył bystro Frodo. - Linos z zasady rzuca się w oczy. Nie zauważyłem tutaj zbyt wielu niewiast - dodał ciszej.
- Na to niestety nie możemy nic poradzić, zresztą nie to jest problemem. Nie mówiłem o tobie zbyt wielu osobom nie bez powodu, moja droga - zwrócił się do dziewczyny, przystając tuż przed wejściem na taras, na którym miała się odbyć narada. - Nie chcę, byś wzbudziła zainteresowanie nieodpowiednich osób. Z wielu powodów...
Linos nie dopytywała. Dobrze wiedziała, że nie może liczyć na więcej wyjaśnień. Kiedyś bardzo ją denerwowały te wszystkie niedomówienia, teraz jednak była już przyzwyczajona do tego stanu rzeczy. W pewnym sensie nawet zaczęła je doceniać. Płynąca z nich nauka była bez wątpienia bardzo satysfakcjonująca.
- Trzymaj się blisko mnie i wszystko obserwuj. Będę później potrzebował twojego chłodnego osądu, Linos - dodał jeszcze cicho Gandalf, nim kładąc dłoń na ramieniu hobbita, wprowadził ich na taras.

***

Linos zaplotła mocno palce dłoni, składając je na kolanach. Czuła się bardzo nie na miejscu. Krzesła ustawiono w niedomknięte koło, a w jego otwartej części zasiadł Elrond wraz z dwoma doradcami. Dziewczynę posadzono na samym brzegu, po lewej ręce Pana Rivendell. Tuż obok niej siedział Frodo, który nawet nie sięgał stopami do ziemi, siedząc na wysokim krześle, następnie Gandalf i kilkoro nieznanych jej elfów. Następnie, nieomal na wprost Elronda dostrzegła Eruthiela wraz z Randilem, który skinął lekko głową w jej stronę. Żałowała, że nie zdążyła zamienić z nim jeszcze paru słów przed zebraniem się pozostałych posłańców.
Na drugim końcu okręgu zasiadła skromna, ale rzucająca się w oczy delegacja krasnoludów, oddzielona od elfów z Północnego Królestwa kilkorgiem ludzi, wśród których Linos rozpoznała jedynie Aragorna oraz wysłannika z Gondoru.
- Zacznijmy - przemówił Elrond we Wspólnej Mowie. - Witam was wszystkich serdecznie w tym niepewnym dla nas czasie. Witam was, moich braci. - Skinął głową w kierunku elfów siedzących na wprost niego. - Witam i was, krasnoludów, naszych przyjaciół, oby dawne niesnaski nie położyły się cieniem na naszej obecnej współpracy - dodał, uzyskując coś w rodzaju pomruku aprobaty ze strony brodaczy. - Witam także was, przedstawicieli rasy ludzi, Aragornie i Boromirze. Witam także i ciebie, Mithrandirze oraz ciebie, Frodo, dzielny hobbcie.
Linos zacisnęła usta. Nie spodziewała się, że zostanie wymieniona, jednak to i tak było poniekąd przykre. Uważnie obserwowała twarze przybyłych. Czuć było napięcie, którego źródło było bezsprzeczne - był nim Pierścień spoczywający na piersi Froda.
Hobbit i Gandalf zdążyli wtajemniczyć Linos w przedsięwzięcie, którego nieco nieświadomie stała się częścią. Elementy układanki powoli trafiały na swoje miejsca, dziewczyna tym bardziej nadstawiła ucha, by nie uronić ani słowa.
- Zebraliśmy się tutaj dzisiaj, by uchronić świat przed Mrokiem - kontynuował Elrond. Spojrzenie Linos prześlizgnęło się po zebranych i zatrzymało na jasnowłosym elfie. Niemal nie odczuła zdziwienia, zauważając, że i on się jej przygląda.
Odwróciła wzrok.
- Miałem sen - odezwał się nagle mężczyzna siedzący obok Aragorna, którego Elrond nazwał Boromirem. Zgodnie z wiedzą Linos był synem namiestnika Gondoru. - W tym śnie widziałem, jak mrok ze wschodu ogarnia cały świat. Jedynie na zachodzie jaśniało białe światło. Usłyszałem także głos mówiący o połamanym mieczu oraz zgubie Isildura, której oprzeć może się jedynie niziołek.
Linos zerknęła z ukosa na Froda, który miał mocno niepewną minę. Gandalf zachował kamienną twarz, jednak dziewczyna nie mogła nie dostrzec, jak elf, który na samym początku zwrócił jej uwagę, zmrużył nieznacznie oczy. Poza tym nikt z zebranych nie dał po sobie znać, że połączył słowa mężczyzny z obecnością Froda na naradzie.
Nie ma tu nikogo, kto byłby tu bez powodu, pomyślała Linos.
- Być może znajdziesz tutaj odpowiedź na pytania, z którymi tutaj przybyłeś, Boromirze - odparł Elrond. - Wszyscy chyba znacie losy Isildura, jednak jako naoczny świadek tych wydarzeń pozwolę sobie przytoczyć tę historię ponownie.
Linos westchnęła po cichu. Nie dlatego, że znała tę opowieść doskonale, lecz dlatego, że uświadomiła sobie po raz kolejny bardzo boleśnie, jak potężnymi i starożytnymi istotami są elfowie. Elrond opowiadał o wydarzeniach sprzed trzech tysięcy lat jakby zdarzyły się ledwie przed miesiącem. Słowa wypowiedziane przez Randila przed laty nigdy nie wydawały jej się prawdziwsze - dzieliła ich przepaść, którą nie sposób było pokonać.
Bo była tylko człowiekiem. Uczennicą czarodzieja, ale nadal człowiekiem.
- Isiludr miał zniszczyć Pierścień w ogniu Góry Przeznaczenia. Jednak jego człowiecza słaba natura nie pozwoliła mu oprzeć się mocy Pierścienia i zatrzymał go przy sobie. Nie nacieszył się nim długo - padł od zdradzieckiej strzały orków, a Pierścień przepadł w odmętach rzeki.
- ...dopóki nie trafił w ręce pewnego hobbita, którego jego moc doprowadziła do szaleństwa - wtrącił Gandalf, a Linos zmarszczyła brwi. Tej części historii nie słyszała. - Dziś wielu z nas znany jest jako stwór o imieniu Gollum. Ostatnie lata Pierścień jednak był ukryty bezpiecznie w Shire. - Czarodziej zerknął z ukosa na Froda.
- Mrok zbiera się na wschodzie, proroctwo z twego snu jest prawdziwe, Boromirze - potwierdził Elrond. - On już wie, gdzie szukać Pierścienia, już wysłał swoje sługi na poszukiwania.
- Na polecenie Gandalfa złapałem Golluma i przetransportowałem w bezpieczne miejsce, jednak się spóźniłem - wyznał Aragorn. - Już wcześniej wpadł w łapy orków, stąd wiedzieli gdzie szukać Froda i Pierścienia.
- I my zawiedliśmy. - Tym razem powstał jasnowłosy elf i opuścił ze skruchą głowę. - Stwór, którego przyprowadziłeś do Leśnego Królestwa, Aragornie, zbiegł kilka tygodni temu. Nie doceniliśmy siły z jaką przyciąga go do siebie Pierścień.
- Pierścień to potężny artefakt, Legolasie - zgodził się Elrond. - Myślę, że czas byśmy wszyscy dowiedzieli się, z czym przyjdzie nam się mierzyć. Frodo - zwrócił się do hobbita - przynieś Pierścień.
Linos przysłuchiwała się tej wymianie zdań z uwagą. Miała teraz przynajmniej niejakie pojęcie o tym, gdzie podziewał się Gandalf przez ostatnie miesiące. Nie wspominając o tym, że ta historia miała swój początek dziesiątki, a nawet tysiące lat temu.
Równie dobrze mogłabym być mrówką przemykającą się pod naszymi stopami, moja obecność tutaj wnosi dokładnie tyle samo, westchnęła w duchu dziewczyna.
Frodo podszedł do postumentu znajdującego się w centralnej części zgromadzenia i z lekkim wahaniem położył na nim niewielki złoty pierścień. Nie wyglądał groźnie. Owszem - Linos wyraźnie wyczuwała bijącą od niego ogromną, starożytną i zdecydowanie niepokojącą moc, ale na pierwszy rzut oka nie różnił się niczym od zwykłej błyskotki.
- Nie rozumiem - odezwał się nieco pogardliwie jeden z krasnoludów. - Co jest nie tak z tym przeklętym pierścieniem, że wszyscy tak trzęsą portkami na jego widok?
- Ten Pierścień jest ściśle związany ze swoim panem. Po jego upadku trzy tysiące lat temu wchłonął całą jego moc - odezwała się Linos, nim zdążyła się ugryźć w język. Zupełnie zapomniała o obietnicy złożonej Gandalfowi. - Można więc powiedzieć, że patrzymy teraz na to, co pozostało po Sauronie. Jego moc jest wystarczająco wielka, by podporządkować sobie serca i umysły nawet najsilniejszych mężów. A w nieodpowiednich rękach Pierścień może stać się przyczyną powrotu tego, kto go wykuł - zakończyła cichym głosem. Dopiero wypowiedzenie na głos tych słów uświadomiło jej, jak istotne jest to, co zastanie uradzone podczas tego spotkania. Uświadomiło jej, że właśnie ważą się losy świata, który zna i rozumie.
Jedynego świata, jaki zna.
- Twoja uczennica odrobiła lekcję historii, Gandalfie. - Elrond uśmiechnął się pobłażliwie w jej kierunku, a czarodziej mruknął coś niewyraźnie. - Nie rozwiąże to jednak naszych problemów. Jedynym sposobem, by zapobiec spełnieniu się proroctwa, o którym śnił Boromir, jest zniszczenie Pierścienia. Nie ma innej rady.
- Więc na co czekamy? - prychnął młodszy z rudobrodych krasnoludów. - Zróbmy to! - Zerwał się z miejsca sięgając po swój topór.
Linos otworzyła usta, ale było już za późno. Krasnolud zamachnął się i uderzył swoim toporem w środek postumentu na którym leżał Pierścień. Huk był ogromny. Gdy opadł kurz, oczom zebranych ukazał się oszołomiony, leżący wśród szczątków postumentu krasnolud i nietknięty złocisty pierścień leżący wśród odłamków jego ostrza.
- Gimli, synu Gloina. Pierścienia nie da się zniszczyć w żaden dostępny dla śmiertelnych istot sposób - pouczył go pobłażliwie Elrond. - Jedyny Pierścień podda się tylko jednej mocy. Mocy ognia, w którym go wykuto. W ogniu Góry Przeznaczenia.
- Lecz... czy aby na pewno musimy go niszczyć?
Linos przeniosła wzrok na Boromira, który podniósł Pierścień, podczas gdy pobratymcy Gimliego pomagali mu doprowadzić się do porządku. Mężczyzna uniósł go na wysokość oczu, jego blask odbijał się w jego oczach.
- Boromirze, ten Pierścień może przynieść nam tylko zgubę - ostrzegł go Aragorn. - Oddaj go Frodowi.
- Mógłby być bronią przeciwko Sauronowi.
- Pierścień ma tylko jednego pana i nie obróci się przeciwko niemu - zaprotestował Aragorn.
- Co może wiedzieć o Pierścieniu zwykły Strażnik? - zakpił Boromir, mocniej ściskając Pierścień w dłoni. Linos zacisnęła pięści, uważnie śledząc tę wymianę zdań.
- Więcej, niż może ci się wydawać. - Do dyskusji dołączył się jasnowłosy elf. - To Aragorn, syn Arathorna, dziedzic Isiludura, któremu jesteś winien posłuszeństwo!
- Legolasie - poprosił cicho Aragorn. - Nie czas teraz na to.
- Użyjmy Pierścienia! - perorował dalej Boromir. - Nie trafił przecież w nasze ręce bez powodu!
- Pierścień trafił w ręce hobbita, niczyje inne, Boromirze - zauważyła spokojnie Linos, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc bliżej. - Jak chcesz przejąć władzę nad przedmiotem, który już ma władzę nad tobą? - spytała, wyciągając do niego dłoń. - Oddaj go, Boromirze, zniszczenie go naprawdę jest jedyną radą.
- Kim jesteś, by mi rozkazywać?! - oburzył się mężczyzna.
- Najwyraźniej kimś, kto ma od ciebie więcej pomyślunku! - zawołał ktoś.
- Jak chcecie go zniszczyć, skoro nikt nie umie się oprzeć jego mocy? Kto weźmie na siebie tę odpowiedzialność?
- Na pewno nie ty!
- O nie, nie zostawię go w rękach elfów!
- Może...
Kłótnia rozgorzała na dobre, a Linos znalazła się w samym jej centrum. Włączyli się do niej wszyscy łącznie z Gandalfem, jedynie Frodo pozostał na swoim miejscu. Dziewczyna cofnęła się o krok, chcąc uniknąć zamieszania. Nie zapowiadało się na rychłe porozumienie. Frodo podniósł się i stanął obok niej.
- Ja pójdę! - zawołał, nikt jednak poza Linos go nie usłyszał. - Ja pójdę! - zawołał głośniej.
Nikt z zebranych nawet nie odwrócił głowy, wszyscy byli zbyt zajęcie wykrzykiwaniem argumentów i kontrargumentów. Pierścień wciąż błyszczał w palcach Boromira.
- Daro!* - zawołała Linos, w mgnieniu oka wypuszczając strzałę z łuku, który niespodziewanie znalazł się w jej rękach. Pocisk przemknął pomiędzy kłócącymi się, delikatnie drasnął rękę Boromira, który cofnął dłoń, wypuszczając z niej Pierścień i wbił się w drzewo po drugiej stronie tarasu nie czyniąc nikomu krzywy. - Przestańcie - powtórzyła we Wspólnej Mowie, gdy zapadła cisza.
- Ja pójdę - odezwał się Frodo po raz kolejny, gdy wszystkie spojrzenia skierowały się na nich. - Jeżeli tylko ktoś wskaże mi drogę - dodał nieco mniej pewnie.
- A ja uczynię to z największą przyjemnością, dzielny hobbicie - odpowiedział Gandalf, schyliwszy się po Pierścień i oddając go w ręce Froda. - Zrobię wszystko, by pomóc ci nieść to brzemię.
- Jeżeli przyjmiesz moją pomoc, ofiaruję ci swój miecz, Frodo. - Także Aragorn dołączył do nich.
- A ja swój łuk - podchwycił Legolas, również stając u ich boku.
- Nie uśmiecha mi się podróżować z elfem, ale i ja z chęcią pomogę. - Gimli wygładził swoją brodę i stanął bok Legolasa, rzucając mu podejrzliwe spojrzenie z ukosa.
- Skoro taka jest decyzja rady, to Gondor ją wesprze - dodał Boromir, z lekkim ociąganiem dołączając do zgromadzonych.
Linos zmarszczyła brwi, nim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, zza załomu muru wyskoczyły nagle trzy niewielkie postaci.
- My też! My też! - zawołali hobbici, wpadając na taras.
- Chyba nie myślałeś Frodo, że pozwolimy ci iść samemu? - zapytał Pippin, rozglądając się dookoła.
- Wygląda na to, że udało nam się skompletować grupę dzielnych mężów, którzy podejmą się tej niebezpiecznej, ale wyjątkowo ważnej dla losów znanego nam świata misji. Od tej pory tworzycie Drużynę Pierścienia - rzekł uroczyście Elrond. - Przygotujcie się do drogi, musicie ruszać niezwłocznie.
Pozostali uczestnicy narady zaczęli się rozchodzić. Elrond podszedł do uczestników nowo powstałej Drużyny i krótko z nimi radził. Linos obserwowała to z boku, nieco rozdarta. Nie była pewna swojego dalszego losu, zastanawiała się czy przypadkiem nie popełniła jakiegoś błędu. W końcu...
- Lileeo, czarodziej może być z ciebie dumy. - Odwróciła się na dźwięk głosu Randila. - Twoje słowa były pełne wiedzy i doświadczenia. Dobrze cię wyszkolił.
- To nie tylko jego zasługa. - Uśmiechnęła się wąsko. - Och, Randilu, nie wiem, co powinnam teraz uczynić.
- Tylko ty możesz o tym zadecydować, Lileeo - odpowiedział. - Wiesz dobrze, że niezbadane są ścieżki, którymi prowadzi nas los.
- Muszę zasięgnąć porady Gandalfa - westchnęła. Miała wrażenie, że czarodziej zupełnie o niej zapomniał.  - Zobaczymy się jeszcze, Randilu?
- Wyruszam jutro do domu, moja droga. - Pokręcił głową. - I mnie wyznaczono zadanie, choć nie tak heroiczne jak to, którego podjęli się nasi przyjaciele. Uważaj na siebie, Lileeo. Maer amarth*.
- Maer amarth, mellon* - odpowiedziała.
Rozejrzała się dookoła. Na tarasie pozostali jedynie Gandalf, Aragorn i Legolas, rozprawiający o czymś cicho. Podeszła do nich lekko zaintrygowana.
- Linos. - Gandalf uśmiechnął się na jej widok. - Dołącz do nas, rozmawiamy o naradzie.
- Wiele się dowiedziałam. - Skinęła głową. - Wybaczcie mi. Nikogo nie miałam zamiaru zranić - dodała nawiązując do wysłanej przez siebie strzały.
- I nikogo nie zraniłaś, pani - odezwał się elf. - A to chyba należy do ciebie. - Wyciągnął przed siebie rękę z jej strzałą.
- Hannon*, chyba będę musiała naprawić grot - odparła, odbierając z jego rąk pocisk i przyjrzała mu się uważnie. - I proszę, nie tytułuj mnie tak. Jestem po prostu Linos. Lub Lileea, gdyż tak wolą nazywać mnie elfowie - dodała.
- To piękne imię, Lileeo. - Uśmiechnął się do niej Legolas. - Elfowie rzadko obdarzają takimi imionami istoty nie pochodzące z ich rodu. Twoja twarz zdaje mi się znajoma, czyż nie spotkaliśmy się już kiedyś?
- Nie w tym życiu i nie w tym czasie. - Pokręciła głową. - Przykro mi, żałuję, że nie będzie nam dane bliżej się poznać. - Uśmiechnęła się smutno.
- I ja żałuję. Lecz wiedz, że jeśli przyjdzie nam przetrwać tę burzę, jesteś zawsze mile widziana w królestwie mojego ojca, Lileeo.
- To dla mnie ogromny zaszczyt. Gandalfie - zwróciła się do czarodzieja - czy możemy porozmawiać?
- Oczywiście. Wybaczcie nam na chwilę.
Odeszli kilka kroków, przystając pod samotnym drzewem. Linos westchnęła i spojrzała na Gandalfa.
- Nie jesteś zły - stwierdziła, obserwując uważnie jego twarz. - Choć moje zachowanie było dalekie od "nie zwracaj na siebie uwagi". Wnioskuję iż to dlatego, że gryzą cię wyrzuty sumienia. Czyż nie mam racji? - spytała łagodnie.
- Nic się przed tobą nie ukryje, moja droga. Owszem. Choć nie jestem zły głównie dlatego, że twoje zachowanie przyniosło więcej dobrego niż złego. Ale to prawda. Muszę ruszyć wraz z Frodem. - Twarz czarodzieja przesłonił jakiś cień. - To niebezpieczna misja, może potrwać latami.
- Możesz z niej nie wrócić - dodała bardzo cicho Linos to, czego Gandalf nie chciał powiedzieć na głos. - Zatem być może to nasze pożegnanie.
- Być może, moja droga. Musimy mieć jednak wiarę. To ona pomoże nam utrzymać się przy życiu w ciężkich czasach.
- Co mam robić, Gandalfie?
- Zostań tutaj, w Rivendell będziesz bezpieczna. Być może i tobie przypadnie w udziale odegranie jakiejś roli w historii tego świata. Zastąp mnie godnie, Linos. Wiem, że potrafisz.
Skinęła głową.
- Czy gdybym i ja zechciała dołączyć do Drużyny podczas narady... Sprzeciwiłbyś się? - spytała cicho.
- Nie ma już nic, czego mógłbym ci zabronić, Linos - odpowiedział Gandalf. - Zresztą i tak rzadko zdarza ci się słuchać moich poleceń, jeśli nie są zgodne z twoimi zamysłami. Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego milczałaś, gdy był czas na słowa?
Linos zastanowiła się nad jego słowami. Dlaczego i ona nie zgłosiła się na tę wyprawę? Nawet maleńcy hobbici ruszyli za Frodem bez wahania! A ona? Co ją powstrzymało?
- Nie potrzebujesz mnie już, moja droga Linos. Sama musisz odszukać swoją drogę.
Czarodziej odszedł zostawiając ją z tymi słowami. Odprowadziła go wzrokiem, zastanawiając się, czy jeszcze będzie im dane się spotkać.
A zatem tak wygląda początek końca znanego nam świata, westchnęła w myślach. Opuszczają nas wszyscy, którzy czynili nasz świat naszym światem, pozostawiając nas w obcej pustce.
Zacisnęła mocniej palce na strzale, którą oddał jej Legolas. Otarła się o coś ekscytującego, jednak przegapiła swoją szansę na przygodę. Przegapiła ją, zbyt zajęta poszukiwaniem samej siebie.
________
* Tłumaczenie z języka sindarin wg kurs sindarinusłownik quenyi oraz słownik sindarinu
Daro - (sin.) stop, przestańcie. (w tym przypadku bardziej jako zaklęcie)
Maer amrath, mellon - (sin.) [Życzę ci] dobrego losu, przyjacielu.
Hannon - (sin.) dziękuję

Uuu, idę jak burza. Wyszło inaczej niż zamierzałam, ale cieszę się, że Linos na dzień dobry nie hotkuje tak Legolasa jak w pierwotnej wersji. Swoją drogą uniknie też chyba rozdwojenia osobowości spowodowanej dwojgiem imion. W końcu, w tytule opowiadania jest Linos, nie Lileea, prawda?
Lecę dalej pisać i chorować (echu-echu!). 
Maer amrath, kochani!

niedziela, 14 kwietnia 2019

DWA. Spotkania w Rivendell

Gandalf uprzedził Elronda o jej przybyciu, co Linos przyjęła z ulgą, gdyż obawiała się, że czarodziej mógł zapomnieć o takim szczególe, a pan Rivendell przywitał ją uprzejmie, acz chłodno. To nie był las, w którym się wychowała, była tu zaledwie gościem. Gościem ściągającym na siebie spojrzenia mieszkańców, gościem, którego obecność wywoływała poruszenie i niepokój.
Choć ponownie otaczali ją elfowie, to nie był jej dom. Nie czuła się tu swobodnie.
Dlatego też większość dnia spędziła w przydzielonej jej komnacie, umilając sobie czas lekturą przywiezionej ze sobą księgi traktującej o historii Śródziemia. Nie była jednak osobą, która potrafiłaby znieść bezczynność przez dłuższy czas. Następnego dnia skoro świt wymknęła się z pokoju, unikając wścibskich spojrzeń, by cieszyć się pierwszymi promieniami słońca w pałacowym ogrodzie.
Dłuższą chwilę spacerowała nienagannie utrzymanymi ścieżkami, wśród barwnych kwiatów, których nazw nawet nie próbowała odgadnąć. Oszołomiona tą feerią barw dopiero po chwili dostrzegła samotną postać stojącą przy sadzawce. Obserwowała ją przez chwilę w milczeniu, bo nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Ale to naprawdę był on.
- Randil...? - Podeszła do niego ostrożnie, z niepewnością wymawiając jego imię. Minęło tyle lat, ale nie zmienił się ani o jotę, poznała to, gdy tylko odwrócił się w jej kierunku.
Przez moment nic nie wskazywało na to, że ją rozpoznał. W końcu jednak, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, gdy odpowiedział:
- Lileea. Ile to lat?
- Trzynaście - odpowiedziała z ulgą. - Trzynaście lat nikt nie nazwał mnie Lileeą. Dziwię się, że mnie poznałeś, Randilu - dodała. - Już nie jestem małą dziewczynką.
- Nawet bystry wzrok elfa można zmylić, ale nic nie zdoła zmącić pamięci tego, co było bliskie naszemu sercu - odparł, a uśmiech na jego twarzy stał się odrobinę szerszy.
-  A więc mnie nie zapomniałeś? - ucieszyła się. Czuła, że jest coś dziecinnego w jej radości, ale nie chciała tego powstrzymywać. To było bardzo ludzkie uczucie, uczucie, którego potrzebowała.
Tak samo ludzkie, jak tęsknota, którą czuła kilkanaście lat temu, opuszczając go.
- Nie zdążyłbym - odpowiedział, a Linos posmutniała nieco, uświadamiając sobie, co oznaczają te słowa.
- Ach tak, mrugnięcie.
- Słucham?
- Mrugnięcie. Tyle dla ciebie trwało te trzynaście lat - uściśliła.
- Tak, masz rację, Lileeo. Ale to nie znaczy, że nie cieszę się z naszego ponownego spotkania. Powiedz, co tutaj robisz? Chyba nie przyjechałaś tu na naradę? - zapytał, marszcząc brwi.
- Naradę? - zdziwiła się. - Nic nie wiem o żadnej naradzie. Gandalf po prostu przesłał mi wiadomość, że spotka się ze mną w Rivendell. Nie widziałam go od bardzo dawna - wyjaśniła elfowi.
- A więc o niczym nie wiesz? - upewnił się Randil.
- O czym miałabym wiedzieć? - Zmarszczyła brwi. Nie pierwszy raz uświadamiała sobie, jak mało wie o świecie.
- Dużo się dzieje w Śródziemiu, niekoniecznie dobrego - odpowiedział ostrożnie. - Nie wiem zbyt wiele, ale mam pewność, że nadchodzą mroczne czasy.
- Nie brzmi to najlepiej - zmartwiła się Linos. - Myślisz, że Gandalf zechce wyjaśnić mi więcej? - zapytała. Dobrze wiedziała, że elf nie powie jej nic ponad to. Zbyt dobrze go znała. Nie mógł zdradzać tajemnic swego rodu. A być może faktycznie wiedział niewiele więcej.
- Wiem, że czarodziej chce dla ciebie jak najlepiej, Lileeo. Powie ci tyle, ile uzna za bezpieczne.
- Czasami niewielka wiedza potrafi wyrządzić więcej krzywdy niż niewiedza - westchnęła Linos filozoficznie. - Nie pragniemy tego, o czego istnieniu nie mamy pojęcia. A wiedza pobudza ciekawość.
- Stałaś się bardzo mądrą kobietą, Lileeo - zauważył Randil. - Czy to zasługa Gandalfa?
- Owszem. Ale również twoja. - Uśmiechnęła się. - Pójdę już, najwyższy czas na śniadanie. Na pewno jeszcze się tu spotkamy.
- Bez wątpienia. - Skinął jej głową i odwrócił się ponownie w kierunku sadzawki, jak gdyby nigdy nic.
Linos obejrzała się jeszcze przez ramię i z westchnieniem ruszyła w kierunku komnaty. Rozmowy z Randilem nie były łatwe. Konwersacja z elfem nie mogła taka być. Ich zagadkowy sposób mówienia był trudny do zrozumienia, jeżeli nie miało się wprawy, a Linos odzwyczaiła się od tego przez ostatnie lata spędzone z Gandalfem, choć i czarodziej nie szczędził jej zagadek.
Liczyła, że szybko pojawi się w Rivendell. Tak jak powiedziała Randilowi - jego słowa jedynie rozbudziły jej ciekawość.

***

- Tak sądziłem, że cię tutaj znajdę, moja droga.
- Jestem aż tak przewidywalna? - Linos oderwała wzrok od czytanej właśnie księgi i podniosła się powoli z ławki. Podeszła do czarodzieja stojącego nieopodal, tuż nad brzegiem sadzawki.
- Nie jesteś przewidywalna, moja droga Linos. - Uśmiechnął się do niej ciepło znad długiej, białej brody. -  Znam cię po prostu zbyt długo, bym mógł się pomylić co do miejsca, w którym będziesz szukać odosobnienia, by uciec przed domniemaną nieprzychylnością tutejszych mieszkańców.
- Wiesz zatem dobrze, jak wielką ochotę mam teraz wepchnąć cię do tej sadzawki - odparła, zaplatając ręce na piersi. - Trzynaście miesięcy. Trzynaście miesięcy, Gandalfie!
- Wiele się działo, Linos. Usiądźmy, wyjaśnię ci wszystko - odpowiedział polubownie.
- Wszystko? - Uniosła do góry brwi, ale posłusznie usiadła z powrotem na ławce. - To do ciebie niepodobne odkrywać w jednej chwili wszystkie swoje sekrety.
- Wyjaśnię ci wszystko, co powinnaś na ten moment wiedzieć - uściślił czarodziej, uśmiechając się lekko pod wąsem.
Linos westchnęła. Miała ogromną ochotę zawołać, że nie jest już małym dzieckiem, ale to byłoby zupełnie nietrafione spostrzeżenie. Wobec wiedzy i doświadczenia Gandalfa była bardziej nieporadna niż niemowlę.
- Spotkałam tutaj Randila - powiedziała zamiast tego. - Wspomniał coś o jakiejś... naradzie. - Spojrzała z ukosa na czarodzieja. - Czy twoje "wszystko" obejmuje choć w niewielkim stopniu ową naradę?
- Owszem. - Czarodziej skinął głową. - Wiem, że nie było mnie bardzo długo, ale zatrzymały mnie ważne sprawy. Zło rośnie w siłę, czai się tuż za bezpiecznymi granicami znanego nam świata. Robię wszystko, by temu zapobiec, ale nie poradzę sobie z tym sam. Dlatego właśnie zaproponowałem Elrondowi zwołanie tej narady - wyjaśnił, a Linos skinęła głową, chłonąc jego słowa jak gąbka. Deponowała te informacje gdzieś w swoim umyśle, wiedząc, że później, na spokojnie, będzie mogła połączyć je z innymi i stworzyć szerszy i jaśniejszy obraz sytuacji.
Od lat przyzwyczajona była budować wizję otaczającego ją świata ze strzępów podawanych jej przez Gandalfa. Czarodziej nie szczędził jej wiedzy, jednak przekazywał ją jej w częściach, które jej samej wydawały się o wiele zbyt skromne. Może jednak dobrze wiedział, co czyni? Może zbyt wielka wiedza byłaby dla niej zagrożeniem?
- Kto został zaproszony? - spytała krótko.
- Elfowie z północy i południa, krasnoludy, ludzie z czterech stron świata, moja skromna osoba wraz z wierną uczennicą. - Skinął głową w jej kierunku. - A, no i oczywiście najmniejsi, lecz jakże znamienici goście - hobbici!
- Hobbici? - powtórzyła zaskoczona. - Te spokojne, wiodące sielskie życie istoty z Shire, które czasami odwiedzasz? - upewniła się, gryząc się w język, by nie dodać "i nie zabierasz mnie ze sobą?".
- Owszem, a na dodatek bardzo żarłoczne - zaśmiał się głośno Gandalf, aż zatrzęsła mu się broda.- Powinni niedługo tu przybyć, pojechałem przodem, zostawiając ich w dobrych rękach. A teraz, Linos…
- A teraz odpowiesz mi jeszcze na kilka pytań - przerwała mu stanowczo. - Obiecałeś mi to przed wyjazdem! - przypomniała mu.
- Bardzo bym chciał, moja droga Linos, ale nie mam dla ciebie dobrej odpowiedzi - westchnął czarodziej. - Wiem, że trapi cię to i dręczą cię pytania, których jest bez liku, ale nie wiem wiele ponad to, co już ci powiedziałem. Ta legenda, którą wówczas przeczytałaś... to prawdopodobnie tylko legenda. Nie wiem nawet, czy naprawdę pochodzisz zza morza.
Linos zagryzła wargę i odwróciła wzrok w kierunku sadzawki. Od wielu lat dręczyło ją pytanie o to kim jest, skąd pochodzi. Szukała odpowiedzi, czy to z Gandalfem, czy to na własną rękę, jednak bezskutecznie. Ostatecznie dwa lata wcześniej wpadła na pewien ślad. Nie był jasny, czarodziej obiecał go sprawdzić... po czym przepadł na wiele, wiele miesięcy.
Ślad prowadził za morze. A życie Linos od dawien dawna związane było z tą wielką wodą. W końcu imię, które nadał jej Gandalf - Son Il, w języku, którego nazwy nawet nie podejmowała się zapamiętać - oznaczało "córa morza". W końcu została wyłowiona z morza przez rybaków, którzy oddali cudownie ocalałe dziecko czarodziejowi. A ten z kolei - na kilka lat oddał ją na wychowanie elfom z północy, nim ponownie trafiła pod jego dach.
I tak zaczęła się ich wspólna przygoda.
- Linos, nie jest ważne, skąd pochodzisz. Skup się na tym, kim jesteś. I kim możesz się stać. - Czarodziej wyrwał ją z zamyślenia, a ona kiwnęła głową.
- Fakt, nie ma sensu roztrząsać przeszłości. Zwłaszcza teraz, gdy czekają nas mroczne i ciężkie czasy... prawda? - spytała domyślnie.
- Nie sposób uciec przed tą prawdą, moją droga, nie sposób - westchnął Gandalf. - Będę potrzebował twojej pomocy i to już wkrótce. Hobbici…
W tym momencie w całym ogrodzie, a nawet w całej dolinie Rivendell rozbrzmiał gong. Linos poderwała głowę, marszcząc mocno brwi.
- Alarm? Co się stało?
Mina czarodzieja nie wróżyła nic dobrego.
- Zdaje się, że właśnie zaczynają się spełniać moje najgorsze obawy... Idź odpocząć, Linos. Będziesz mi potem bardzo potrzebna. - Głos Gandalfa był bardzo, bardzo zmęczony. Dlatego też kobieta bez protestu podniosła się z ławki i oddaliła w kierunku wyznaczonej jej komnaty.

***

Nie chciała zasnąć. Była zbyt podekscytowana ostatnimi wydarzeniami. Wszystko to, co działo się wokół niej, powrót Gandalfa i narada... A teraz ostrzegawczy gong, zwiastujący kłopoty.
Nim dotarła do swojej komnaty, zdążyła zauważyć, jak Arwena - piękna córka Elronda - rusza cwałem poza bramy Rivendell. Jej delikatna uroda mogła zwieść wielu, jednak elfka była urodzoną wojowniczką. Z czymkolwiek przyjdzie jej się mierzyć, bez wątpienia była odpowiednią osobą do tego zadania.
Gandalf udał się na rozmowę z Elrondem, a Linos - do łóżka.
I tam, nieco wbrew pierwotnym zamiarom, pozostała.
Obudziła się nagle, w mgnieniu oka. W pierwszej chwili oszołomiona tym stanem rzeczy, potrzebowała chwili, by zrozumieć, co się stało. Odwykła od tego przez ostatnie miesiące. Delikatne, ciężkie do określenia którymkolwiek ze zmysłów drganie wibrowało gdzieś w jej wnętrzu, popychając ją w odpowiednią stronę, Linos zatem bez problemu odnalazła Gandalfa w jednej z pobliskich komnat.
- Wzywałeś mnie - przywitała się, skłaniając jednocześnie głowę przed Elrondem, który także był obecny. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na trzecią istotę obecną w pomieszczeniu. - Ojej. Czy to...?
- Tak, Linos, to właśnie jest hobbit - odpowiedział Gandalf, gestem prosząc, by podeszła bliżej łóżka. - Ten konkretny ma na imię Frodo i jest niestety ciężko ranny.
- Rozumiem, że chcesz, bym się nim zajęła? - domyśliła się.
- Nie. - Ku jej zdziwieniu odezwał się Elrond. - Jego obecny stan to coś, co przewyższa znacznie twe wątłe umiejętności uzdrowicielki. Jedynie czarodziej i sekretne elfickie specyfiki mogą mu w tej chwili pomóc. Na ciebie, gandalfowa uczennico, czeka inne zadanie.
Przeniosła wzrok na czarodzieja, który w zamyśleniu wpatrywał się w nieprzytomnego hobbita.
- Gandalfie…?
- Został zaatakowany przez Nazgule, naprawdę nie dasz rady mu pomóc, moja droga. Ale jego współtowarzysze czekają na pomoc - odezwał się.
- Czy Arwena nie pojechała przypadkiem...? - zauważyła Linos, Elrond jednak przerwał jej stanowczo:
- Moja córka zaryzykowała bardzo wiele, by sprowadzić tu tego hobbita. Wszyscy ryzykujemy bardzo wiele, Gandalfie - zwrócił się do czarodzieja. - Zaufanie ci w tej kwestii może nas drogo kosztować.
- Co mam zrobić? - Linos wtrąciła się, nim czarodziej zdążył odpowiedzieć. Nie chciała być świadkiem tej kłótni. Zwłaszcza, że wyglądało na to, że nie ma czasu do stracenia.
- Jedź ścieżką prowadzącą za wschodnią bramę. Bez wątpienia na nich trafisz. Trzech niziołków w towarzystwie mężczyzny, który zwykł ostatnimi czasy przedstawiać się imieniem Aragorn - wyjaśnił jej Gandalf. - Spiesz się, Linos, czas wciąż działa na naszą niekorzyść.
- W stajni czeka na ciebie osiodłany koń - dodał Elrond, nim zdążyła nawet pomyśleć, by o to zapytać. - Jego imię brzmi Cullur, to powinno wystarczyć, by poddał się twojej woli.
Linos skinęła raz jeszcze głową i obrzuciwszy jeszcze jednym, szybkim spojrzeniem leżącego w łóżku hobbita, ruszyła, by wypełnić swoje zadanie.
Koń był wysoki, bardzo wysoki, o maści tak intensywnie brązowej, że nieomal czarnej. Dosiadła go nie bez wysiłku, nieprzyzwyczajona do tak wysokich rumaków.
- Witaj, Cullurze - powitała go w języku elfów, momentalnie czując, jak zwierzę rozluźnia się, niczym przy starym przyjacielu.
"Istnieje szansa, że nie zrzuci mnie zatem od razu" - pomyślała przelotnie, ruszając prędko przed siebie.
Ścieżka prowadząca poza granice Rivendell była wąska i kręta, Linos pochyliła się mocno nad karkiem Cullura, by uniknąć zderzenia z nisko zwisającymi gałęziami. Wiatr szumiał jej w uszach, rozwiewając jej kasztanowe włosy, a tętent kopyt zagłuszał wszystkie inne poza nim dźwięki. Las pociemniał, mimo wczesnej pory, jakby jakaś złowroga moc kryła się pomiędzy pniami. Koń zwolnił, a Linos wyprostowała się, nasłuchując uważnie. Przez dźwięki lasu przebijały się inne odgłosy. Odgłosy, które dziwnie nie pasowały do tego miejsca, jakby...
Jakby walki?
Spięła konia i pomknęła w ich kierunku. Hałas stawał się coraz wyraźniejszy, dało się dokładnie wyróżnić szczęk miecza, pobrzękiwanie kolczugi i pojękiwanie rannych. Jeszcze jeden zakręt, i jeszcze jeden... I kobieta wypadła na sporych rozmiarów polanę, wprost na trzy truchła orków, z których właśnie ulatywało ostatnie tchnienie życia.
"Orkowie? Tutaj, w Rivendell?" - zdziwiła się w myślach, wzrokiem ogarniając prędko resztę polany. Kilka metrów dalej wysoki mężczyzna walczył z kolejnym, sporych rozmiarów orkiem, a ku jego plecom zakradał się kolejny, mocno ranny.
Linos sięgnęła do cholewy buta i jednym płynnym ruchem rzuciła sztylet, który wbił się w szyję stwora, w tym samym momencie, w którym mężczyzna skrócił swojego przeciwnika o głowę. Charkot dławiącego się własną krwią orka zwrócił jego uwagę na Linos, która właśnie zeskoczyła z konia i podeszła bliżej.
- Żywotna bestia - mruknęła, schylając się po swoją własność, jednak przeszkodził jej w tym czubek zakrwawionego miecza, wycelowany prosto w jej gardło.
- Kim jesteś? - zapytał mężczyzna.
- Wysłano mnie z Rivendell na pomoc - odpowiedziała, dostrzegając trzech hobbitów kryjących się za plecami wojownika.
- Kim jesteś? - powtórzył bardziej natarczywie, zbliżając miecz jeszcze bardziej, tak że poczuła ciepło buchające od splamionej osoką klingi.
- Moje imię nic ci nie powie, Aragornie - odpowiedziała, zrzucając kaptur.
Mężczyzna cofnął się o pół kroku, zaskoczony widokiem, który dostrzegł. Ewidentnie nie spodziewał się zobaczyć przed sobą kobiety. Szybko jednak zamaskował zaskoczenie i ponownie uniósł miecz, ostrze jednak krzyknęło metalicznie, gdy napotkało opór. Pochwa u boku Linos była pusta.
- Skąd znasz moje imię? - zapytał, nacierając, a ona sparowała cios płazem miecza.
- Zdradził mi je Gandalf, wysyłając mnie na poszukiwanie trzech niziołków i ich walecznego opiekuna - odparła, odbijając kolejne jego ciosy, nie bez wysiłku. Jej umiejętności nie mogły się równać z umiejętnościami wprawnego wojownika. - A odpowiadając na twoje pierwsze pytanie, zwą mnie Linos, bądź gandalfową uczennicą. - Wyprowadziła bardzo silny cios, zmuszając go do cofnięcia się. - Czy teraz mogę odzyskać swoją własność? - spytała, podważając stopą sztylet wciąż wbity w truchło orka i łapiąc go wprawnym ruchem.
Aragorn opuścił miecz, robiąc jeszcze jeden krok do tyłu.
- Skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać? - zapytał podejrzliwie.
- Nie musisz mi ufać, przecież doskonale znasz te lasy, prawda? - spytała, patrząc mu prosto w oczy. - Nie jestem ci zatem potrzebna. Lecz jeśli jest tutaj więcej orków, co oczywiście nie powinno mieć w ogóle miejsca, to raźniej będzie podróżować w większej grupie, nawet jeśli to dosyć krótka podróż, prawda? - Uśmiechnęła się, przenosząc wzrok na hobbitów, którzy nieco niepewnie, ale dość ufnie podeszli bliżej.
- Czy daleko do Rivendell, pani? - zapytał jeden z nich. - Czy pan Frodo jest już bezpieczny?
- Widziałam go niedawno, Gandalf się nim dobrze opiekuje - zapewniła go. - Musicie być wykończeni podróżą, wsiądźcie na konia, a my pójdziemy piechotą - zasugerowała.
Mężczyzna skinął głową i pomógł usadowić się hobbitom w siodle. Cała trójka bez problemu zmieściła się na grzbiecie rumaka. Linos podeszła i szepnęła kilka słów Cullurowi, by uspokoić go, gdyż obecność trzech obcych istot na jego grzbiecie wywołała jego niepokój.
- Chodźmy - zarządziła, gdy wszystko było już gotowe do drogi. - Za godzinę będziemy na miejscu.
- Godzina to dużo czasu - zauważył Aragorn.
- Być może to wystarczy, bym zaspokoiła twoją ciekawość informacjami, które próbowałeś wydrzeć ze mnie mieczem - odpadła wzruszając ramionami i ruszyła niespiesznie przed siebie, ciągnąc za cugle Cullura z ni to wystraszonymi, ni to podekscytowanymi hobbitami na grzbiecie.

***

Droga powrotna nie była długa, ale wystarczyła, by Linos zdążyła zapoznać się nieco z nieznanym jej ludem z Shire. Mężczyzna, który im towarzyszył milczał przez znaczną część podróży, oddzielony od niej potężnym ciałem Cullura.
Sam był ogrodnikiem i najbliższym przyjacielem Froda i bardzo troskał się o jego los. Linos wielokrotnie musiała zapewniać go, że jego przyjaciel jest w dobrych rękach. Merry i Pippin z kolei byli młodymi i psotnymi hobbitami, którzy nawet podczas tak krótkiej podróży zdążyli wymyślić jakąś niewielką psotę, wywołując cień uśmiechu na twarzy Aragorna, który zasadniczo zachowywał kamienną powagę.
- Gandalf nigdy o tobie nie wspominał, pani - zauważył, gdy hobbici zamilkli nieco zmęczeni drogą.
- Proszę, wystarczy Linos, nie jestem żadną panią. - Pokręciła głową, zerkając na niego z ukosa. - Gandalf nie lubi się mną chwalić. Nie wiem czy bardziej chował mnie przed światem, czy raczej to świat chował przede mną. - Uśmiechnęła się smutno. Jakże wąskie wydawały się jej teraz jej dotychczasowe horyzonty.
Po przekroczeniu granic Rivendell ich drogi się rozeszły: hobbici zostali odprowadzeni do komnat na odpoczynek, Aragorn ruszył, by przywitać się z Elrondem oraz Gandalfem, a Linos odprowadziła Cullura do stajni i zajęła się czyszczeniem jego sierści, mimo iż ta wydawała się nienaganna.
- Nie musisz czego czynić, Lileeo.
Uśmiechnęła się na dźwięk dobrze znanego głosu i obróciła w kierunku wejścia do boksu, gdzie stał Randil, gładząc konia po miękkich, rozedrganych chrapach.
- Uważam to za grzeczność, by oddać pożyczonego konia w takim stanie, w jakim go otrzymałam - odparła, wracając do szczotkowania jego lśniącego boku. - Zresztą to mnie nieco uspokaja. Nie spodziewałam się orków na granicy lasów Rivendell - dodała cicho.
- Musimy być przygotowani i na takie niespodzianki. Elfowie z północy również z niepokojem patrzą na wschód, choć od Mordoru dzielą nas tysiące mil i wysokie góry - zauważył ciemnowłosy elf.
- Tęsknię za lasami północy - westchnęła Linos, odkładając narzędzia i wyszła w boksu, cichym elfickim pozdrowieniem dziękując koniowi za posługę. - Myślisz, że mogłabym cię tam odwiedzić, gdy to wszystko się nieco uspokoi? - zapytała z nadzieją.
- To może potrwać lata, Lileeo - zauważył Randil. - Zresztą, wiesz zapewne, że wzywa nas chwała Valienoru.
- Nie tylko mnie prześladuje morze. - Uśmiechnęła się smutno dziewczyna. - Ale moje pytania muszą poczekać... - Zmarszczyła brwi. - Wybacz mi, Randilu, ale wzywa mnie mój nauczyciel. - Skinęła mu głową.
- Magia? - Bardziej stwierdził niż zapytał.
- To szybsze i wygodniejsze niż posłaniec - odparła i ruszyła kierowana magicznym, niewerbalnym wezwaniem.
Gandalf oczekiwał jej w komnacie Froda. Na krześle obok łóżka hobbita trwał wiernie jego przyjaciel, choć widać było, że walczy ze zmęczeniem.
- Powinieneś się położyć, Sam - zauważyła Linos, podchodząc do Froda i ręką sprawdziła jego temperaturę. - Gorączka zniknęła, cokolwiek zrobiłeś, Gandalfie, działa. W czym mogę ci teraz pomóc?
- Właściwie byłoby dobrze, gdyby udało ci się namówić tego młodego hobbita na chwilę odpoczynku, nie jestem w stanie go stąd wygonić - zaśmiał się cicho Gandalf, a Sam poderwał się na ten dźwięk, gdyż znużenie ponownie wzięło nad nim górę.
- Nie śpię! - zawołał.
- Nikt w to nie wątpi - zaśmiała się Linos. - Dobrze, będę doglądać Froda, bo zapewne i o to mnie prosisz.
- Dokładnie, Linos, cieszę się, że nadal się tak dobrze rozumiemy. Muszę przygotować wszystko do narady - westchnął ciężko, a jakiś cień na moment przesłonił jego oblicze.
- Kiedy się zbiera? - zapytała cicho.
- Gdy tylko przybędą wszyscy zaproszeni, najdalej za parę dni. Ma nadzieję, że Frodo wydobrzeje do tego czasu, będzie tam bardzo potrzebny - dodał cicho czarodziej.
- Zadbam o niego najlepiej, jak potrafię, nie kłopocz się o to, Gandalfie - zapewniła go. Czarodziej odszedł, by załatwić tylko sobie wiadome sprawy, a Linos z westchnieniem spojrzała na chrapiącego cicho Sama.
- Uparty, jak osioł. - Pokręciła głową i z niewielką pomocą magii przeniosła śpiącego hobbita na wygodniejsze posłanie, po czym w pełni poświęciła się opiece nad drugim niziołkiem.

***

Frodo obudził się po niespełna dwóch dniach. Linos natychmiast wezwała Gandalfa, który przybył wraz z Elrondem, zaciekawieni, co też hobbit ma im do powiedzenia. Dziewczyna usunęła się z widoku, zdając sobie sprawę, że i tak nie dowie się niczego nowego, ani zaskakującego. Gandalf i Elorond dbali o to, by nikt niezorientowany w temacie nie mógł się domyślić, o czym rozmawiają. Mówienie zagadkami było chyba ich drugą naturą.
Kręciła się bez celu po krużgankach pałacu, aż nagle zauważyła samotną postać w jednej z naw przy wewnętrznym dziedzińcu. Dopiero po chwili rozpoznała w niej Aragorna, który ubrany w elfie szaty w niczym nie przypominał obdartego włóczęgi z wyraźnie wysłużonym mieczem, którego poznała parę dni wcześniej.
- Ostatnimi czasy usłyszałam o tobie wiele niezwykłych historii, Aragornie, synu Arathorna - zagaiła, podchodząc bliżej.
Mężczyzna zmieszał się na te słowa i odsunął się od rzeźby dzierżącej potężnych rozmiarów tacę, na której spoczywał połamany srebrny miecz.
- I o tym mieczu słyszałam liczne historie - dodała Linos. - To Narsil, czy moje oczy zwodzi jakiś potężny czar? - Podeszła krok bliżej, by przyjrzeć się dokładniej legendarnemu orężu.
- Dokładnie on, choć czasy jego świetności oraz dzierżących go władców dawno minęły - odparł Aragorn, mierząc ją uważnym wzrokiem.
- Kto wie, być może jeszcze dni jego chwały powrócą, gdy pochwycą go odpowiednie dłonie? - zapytała retorycznie, odrywając wzrok od broni.
- Niezbadane są ścieżki, jakimi prowadzi nas los, Linos. Ty najlepiej powinnaś o tym wiedzieć - odpowiedział, podchodząc do niej. - Czego tutaj szukasz?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Sama dobrze nie wiem, czekam, aż Gandalf wyznaczy mi kolejne zadanie, jak zawsze zresztą - westchnęła. - Myślałam o tym, by trochę poczytać. Udało mi się zdobyć zgodę Elronda o dostęp do tutejszej biblioteki, jej zbiory są naprawdę imponujące - dodała z lekkim roztargnieniem.
- I zawierają kilka naprawdę niezwykłych zwojów - zgodził się z nią Aragorn. - Nie myślałaś o tym, by poszukać swojej własnej drogi, Linos?
- Nie jestem taka jak ty, panie. - Pokręciła głową. - Możesz chodzić dokąd zechcesz, ja jestem tylko uczennicą czarodzieja. Mój los jest ściśle związany z losem Gandalfa - odparła.
- Mówisz do człowieka, który nie ma prawa pojawić się w swojej własnej ojczyźnie - zauważył gorzko Aragorn. - Wybacz mi, jeżeli uraziłem cię w jakikolwiek sposób, nie było to mym zamiarem. Po prostu...
- Nadchodzą mroczne czasy - dokończyła Linos, gdy mężczyzna zawiesił głos. - Każdy z nas musi znaleźć swoje miejsce i drogę, którą obierze, by je przetrwać.
- Byłbym rad, gdyby nasze ścieżki się jeszcze kiedyś przecięły. Ciuo vae, Lileea* - zakończył w języku elfów.
- To byłby dla mnie zaszczyt. Ciuo vae, aran Ellesar*. - Skłoniła przed nim głowę i odeszła w poszukiwaniu cichego zakątka, gdzie mogłaby pogrążyć się w lekturze.
Nie było jej to dane. Dźwięk rogu wywabił ją z odległego końca ogrodów Imladris, jak w języku elfów brzmiała nazwa Rivendell. Zaciekawiona ruszyła do pałacu, by z pierwszego pietra obserwować wydarzenia mające miejsce na dziedzińcu. Skryta w cieniu obserwowała przyjazd posłańców przysłanych na naradę zwołaną przez Gandalfa oraz Elronda. Byli wśród nich zarówno ludzie, jak i elfowie oraz krasnoludy. Pojawiali się na dziedzińcu w nierównych odstępach czasu, Linos usadowiła się więc na obramowaniu balkonu, by móc obserwować bramę wjazdową, pozornie pogrążona w nieuważnej lekturze.
Przez całe popołudnie obserwowała nadciągających gości. Dwóch rudobrodych krasnoludów z plemienia Durina, rzucających podejrzliwe spojrzenia na dzieła elfickich rąk; ich pobratymców,  potomków rodu spod Nogrodu, których charakteryzowała podobna nieufność rozpoznała po barczystych ramionach; wysłannika namiestnika Gondoru zdradził herb na płaszczu i chorągiew wyobrażająca białe drzewo na ciemnym tle; reprezentantem elfów z Północnego Królestwa był dobrze znany jej Randil, do którego dołączył Eruthiel, elf, któremu niegdyś jako mała dziewczynka podkradała strzały, nie rozpoznał jej jednak, czemu nie mogła się dziwić.
Przez dłuższy czas brama pozostała później pusta, od czasu do czasu przybywali elfowie pośledniejszych rodów, co pozwoliło Linos skupić się na lekturze. Zmierzchało już i wzrok dziewczyny powoli zaczynał się męczyć nikłym światłem, gdy w bramie pojawił się jeszcze jeden  elfi jeździec. Jakiś impuls kazał oderwać Linos wzrok od księgi, choć w pierwszej chwili winę zrzuciła na konieczność przetarcia oczu.
W pierwszej chwili nie mogła zrozumieć skąd zna owego jeźdźca. Nigdy wcześniej nie widziała tego młodego, jasnowłosego elfa, była tego niemal pewna, zwłaszcza, że nosił szaty charakterystyczne dla wysoko urodzonych elfów z Leśnego Królestwa, była więc pewna, że nie miała okazji nigdy go spotkać. A jednak, w jakiś niepojęty dla niej sposób, wydawał się jej znajomy.
Elf podniósł wzrok, zapewne by rozejrzeć się po wspaniałym pałacu Elronda, a spojrzenie jego błękitnych oczu spoczęło na Linos. Dziewczyna zachłysnęła się lekko, zamykając książkę, gdyż teraz wspomnienie wróciło na właściwe miejsce. Widziała już kiedyś te oczy.
Raz, we śnie.
I przybysz zatrzymał na niej na moment wzrok. Nieodgadniona twarz charakterystyczna dla jego rasy rozjaśniła się na moment wyrazem jakby zrozumienia, gdy pozdrowił ją lekkim skinieniem głowy. Odłożyła książkę na bok i odpowiedziała mu tym samym, nie potrafiąc oprzeć się pokusie, by odprowadzić do wzrokiem.
Ten sen...
Poza jego spojrzeniem żadne szczegóły nie powróciły do jej pamięci. Z zamyślenia wyrwało ją dopiero wezwanie Gandalfa. Potrząsnęła głową i ruszyła do komnaty Froda, dokąd wzywał ją czarodziej.
____________
* Tłumaczenie z języka sindarin wg http://www.elvish.org/gwaith/s_kurs.htm:
Ciuo vae, Lileea (sin.) - Do widzenia, Lileeo; 
Ciuo vae, aran Ellesar (sin.) - Do widzenia, królu Ellesarze

Miała być tutaj jeszcze narada, ale to i tak zbyt wiele dobrego, co nie? A więc to tutaj wszystko się zaczęło. Szpiuję ich równie mocno co i te 10 lat temu. Dacie wiarę? Dekadę temu zaczęła powstawać pierwotna wersja tego opowiadania. Ja osobiście jestem w szoku!
Tym razem obiecuję Wam większą dbałość o szczegóły. Staram się, by Linos była dojrzałą i mało marysójkową postacią, ale jednak pewnych cech nie umiem jej pozbawić. Nie bijcie za bardzo i proszę ładnie, komentujcie, żebym wiedziała, że ktoś tu w ogóle zagląda. Czy moi starzy czytelnicy nadal tu są, by ocenić jak bardzo poprawił mi się warsztat?
Pozdrawiam, E_A